


Kiedyś zapytano mnie, co sądzę o nazywaniu mnie Witkacym w spódnicy. Jest mi bardzo miło i mam nadzieję, że Witkacemu też.
W setną rocznicę jego urodzin mieliśmy wspólną wystawę w Muzeum Literatury. On na górze, ja na dole, pękałam z dumy. Podsłuchałam rozmowę pewnych starszych państwa oglądających mój pastel: "Wiesz, te jego późniejsze prace bardziej mi się podobają, są lepsze w kolorze".
Moja Firma Portretowa, której nazwę ściągnęłam od Witkacego, ma już kilkanaście albo więcej lat, bo pierwszy portret z natury zrobiłam wychowawczyni w II b, wezwano babcię, bo pani była brzydka, a u mnie jeszcze brzydsza. Wtedy jeszcze nie znałam dewizy Witkacego: klient musi być zadowolony. Moi są.
Narysowałam około 2000 portretów różnej wielkości. Jedna sesja zajmuje 3 godziny. Patrzyłam na ludzi, poświęcając im swoją wyłączną uwagę: 6000 godzin, czyli 250 dób, bez spania i jedzenia.
Rysuję najchętniej u siebie, ze względu na sztalugę i obłaskawione przedmioty dookoła.
Do Pani Prezydentowej pojechałam do pałacu z własnym ekwipunkiem, nawet miałam arkusz papieru na podłogę i specjalne chusteczki do mycia, bo pastele się pylą i zawsze po rysowaniu wyglądam jak nieboskie stworzenie.
Umiem też robić portrety olejne, ale mnie to nudzi, bo wymaga kilku sesji. Trochę tak, jakby się chodziło parę razy do fotografa robić to samo zdjęcie do paszportu i to w tym samym ubraniu.